„Dziwna wydaje się zbieżność, że właśnie w tym stuleciu, w którym noszenie małych dzieci zostało wyklęte (wciąż jeszcze wiele osób je odrzuca!), doświadczamy niespotykanego dotąd upadku ludzkich uczuć i wartości, manifestującego się przerażająco szybkim wzrostem przestępczości i chorób psychicznych. Może osamotnienie współczesnego człowieka zaczyna się już w momencie kiedy dziecko zostaje odłączone od matczynego ciała?” (Jirina Prekop „Mały Tyran”)

Lekcja instynktu

Dzisiaj coraz częściej narodziny dziecka poprzedzają staranne przygotowania. Przyszli rodzice chodzą do szkoły rodzenia, czytają rozmaite poradniki, a także starannie planują zakupy. Zachęceni mnóstwem przekazów reklamowych i dostępnością na rynku całego mnóstwa gadżetów, mniej lub bardziej ułatwiających „obsługę” niemowlęcia, kupują ubranka, pieluszki, wózek, łóżeczko, organizują pokoik dziecinny z rożnymi niezbędnymi sprzętami, myślą o elektronicznej niani, nawet o monitorze oddechu by, w trosce o jego bezpieczeństwo, mieć maleństwo pod ciągłą kontrolą…  Często jednak nie zauważają, że większość tych, reklamowanych jako absolutnie konieczne sprzętów może im „pomóc w oddzieleniu dziecka od siebie praktycznie niedługo po jego urodzeniu – chociażby poprzez umieszczenie w oddzielnym pokoju z mnóstwem zabawek edukacyjnych.

Ale nie wszyscy rodzice zakładają, że kontakt z dzieckiem to jedynie do pory karmienia i pielęgnacji. Są tacy, którzy nie mają nic przeciwko spaniu razem z dzieckiem jednym pokoju (czy nawet w jednym łóżku), nie obawiają się, że przyzwyczają dziecko do noszenia na rękach, jeśli pobujają je kiedy płaczem sygnalizuje potrzebę bycia blisko opiekuna. Nie oczekują, że małe niemowlę od razu zajmie się zabawą na macie edukacyjnej, nie będzie wymagało noszenia, czy kołysania oraz jadło w określonych porach, a oprócz zakupu wózka chcą nauczyć się zakładać chustę.

W Polsce rozwija się właśnie bardzo już popularny na świecie nurt „Attachment Parenting” – świadomego rodzicielstwa, zapoczątkowany przez znanego amerykańskiego pediatrę, dr William Searsa, zakładający budowanie silnych, emocjonalnych więzi między rodzicami a dziećmi, poprzez czułe odpowiadanie na ich podstawowe potrzeby (w pierwszym roku życia przede wszystkim potrzebę bliskości) i wychowanie otwartych, pewnych siebie i pozytywnie nastawionych, szczęśliwych ludzi. Z nurtem tym, jest głęboko związana idea „babywearing” (dosłownie: noszenie dziecka), zwana u nas chustomanią – (wedle pierwszego polskiego chustowego portalu) lub czasem chustonoszeniem.

Czy to oznacza, że bezmyślnie kopiują oni zachowanie mieszkńców Afryki czy Peru, nie zwracając uwagi na ograniczenia własnego kręgu kulturowego? Czy przeradza się to w bezmyślną, krzywdzącą uległość wobec dzieci i objawia się poprzez ciągłe noszenie ich, kiedy tylko tego zapragną oraz poddawanie się dziecku w pozostałych aspektach życia?

Absolutnie nie. Zaspokajanie podstawowych i naturalnych potrzeb dziecka (wynikających z tego, że pod względem rozwoju fizycznego człowiek rodzi się jako fizjologiczny wcześniak i wymaga ciągłej opieki, a więc przebywania w gnieździe rodziców do czasu osiągnięcia samodzielności), daje solidny bezpieczny fundament pod przyszły jego rozwój i gotowość do dostosowania się do granic wyznaczonych przez rodzinę i społeczeństwo w przyszłości. Potrzeba bycia noszonym to jedna z nich.

Noszenie dziecka w chuście (najlepiej od pierwszych dni życia) ma, można powiedzieć, dwa aspekty: prozaiczny i ideologiczny, które mieszają się ze sobą. Po pierwsze umieszczenie malucha w chuście jest po prostu wygodne, pozwala ukołysać marudzące dziecko bez bólu rąk, a przy tym nawet wykonać parę drobnych prac domowych czy pobawić się z rodzeństwem płaczliwego niemowlaka. Noszenie redukuje ilość płaczu (według badań amerykańskich dzieci noszone przez 4,4 godzin dziennie płakały o 43% mniej, niż dzieci noszone przez 2,7 godzin  – dane na postawie artykułu „The Crying Game” Deborah Jackson), pomaga nawiązać więź, czyli zrozumieć małe dziecko, co w znaczący sposób wzmacnia pewność siebie samego opiekuna. Określa się też wzajemna relacja pomiędzy opiekunem i niemowlęciem. Po drugie nosząc wspieramy rozwój emocjonalny malucha, ponieważ oferujemy mu niezbędną dla niego bliskość, która daje poczucie bezpieczeństwa (dziecko słyszy bicie serca, jest kołysane rytmem kroków czy oddechu noszącego). Chusta pozwala także na kołysanie i bujanie, do którego dziecko przyzwyczaiło się pływając dziewięć miesięcy w wodach płodowych, a przez to wspieramy jego rozwój fizyczny. Stymulacja błędnika, jaką daje delikatny ruch podczas noszenia w chuście wspomaga rozwój zmysłu równowagi, więc i zdolności psychomotorycznych. Natomiast obserwacja świata z wysokości osoby dorosłej i uczestnictwo w codziennych czynnościach, wpływa pozytywnie rozwój umysłowy niemowlęcia, gdyż stymuluje jego układ nerwowy.

Ale co to właściwie jest chusta?

Do niedawna, kiedy w rozmowach o rzeczach niezbędnych dla młodych rodziców i ich pociech padało słowo „chusta“, w wyobraźni pojawiał się obraz przewieszanego przez ramie „hamaczka” czy „worka”, zapiętego na pasek z kółkami, w którym słodko śpi malutkie niemowlę. Przyjęło się, że chusta może być przydatna głownie w domu, dla noworodka, może do karmienia piersią… generalnie zaś polecało się nosidełka (niesłusznie zwane w naszej kulturze tradycyjnymi) jako coś, co daje prawdziwą wolność od wózka, dopóki dziecko nie zacznie ważyć więcej niż dziesięć kilogramów.

Ale te czasy już minęły. Teraz każdy młody rodzic, pragnący zgłębić temat chust. zostaje zarzucony mnogością informacji na temat korzyści z noszenia, wielością rodzajów chust i nosideł miękkich (w odróżnieniu od wspomnianych wcześniej nosidełek” tradycyjnych”, czyli sztywnych) oraz nowymi pomysłami, na jakie codziennie wpadają chustowi rodzice.

Pierwszy podział to rozróżnienie, co jest chustą, a co nosidłem miękkim. Cechy wspólne obu, to dopasowanie się materiału do ciała dziecka, co pozwala zachować fizjologiczną krzywiznę młodego kręgosłupa oraz możliwość kontaktu ciała dziecka z ciałem osoby, która niesie. Chusta to zasadniczo kawałek materiału różnej długości – od około dwóch do nawet pięciu, sześciu metrów (w różnych kulturach znana od wieków jako na przykład rebozo, pareo, selendang, kanga… a w naszej jako chusta długa lub wiązana), czasem zszyty tak, że tworzy kieszeń na dziecko (stąd nazwa pouch), lub zakończony z jednej strony kółkami (zastępują węzeł), przez które przewleczony jest ozdobny, szeroki „ogon”. Nie ma natomiast pasków, sznureczków czy klamer. W dawnej Polsce stosowano chusty trójkątne i prostokątne.

Nosidło miękkie jest bardziej skomplikowane w budowie. Może być uszyte z kilku warstw materiału z udogodnieniami takimi jak pikowanie w pasach, lekkie usztywnienia, sznureczki do regulacji wielkości, a nawet poduszeczki. Zaliczymy tu „torbę na dziecko”, czyli wspomniany wcześniej „hamaczek” z pasem zapinanym na klamrę lub kółka oraz nosidła typu azjatyckiego, czyli prostokąt materiału z doszytymi czterema pasami nośnymi (mei tai) czy prostokąt z jednym pasem poziomym na górze (podegi) oraz ich inne odmiany ( np. bei-bei. hmong, onbuhimo).

Drugi podział zależy od sposobu noszenia: mamy chusty i nosidła przewieszane przez jedno ramie, lub rozkładające ciężar na dwa ramiona. Chusty z kółkami, torby na dzieci, pouche, krótkie chusty wiązane – te właśnie przewieszamy przez ramię. Chusty długie oraz miękkie nosidła azjatyckie nosimy na dwóch ramionach. Chusty długie (wiązane) dodatkowo rozkładają ciężar na cale plecy, a nawet brzuch i biodra noszącego.

Trzecia sprawa to funkcjonalność, czyli w jakich pozycjach i w jakim wieku możemy nosić maluchy. Noworodki i dzieci, które nie trzymają samodzielnie główki (i nie mają podejrzenia dysplazji bioder) układamy w pozycji kołyski, zwanej czasem „fasolką”, w praktycznie wszystkich typach chust oprócz nosideł azjatyckich, które przeznaczone są do noszenia, na plecach lub na brzuchu, dzieci potrafiących usiąść samodzielnie. W chustach kółkowych i chustach typu pouch dzieci, które samodzielnie trzymają głowę nosimy w pozycji „brzuszek do brzuszka” oraz na biodrze, natomiast na plecach dzieci, które samodzielnie siedzą. W chuście wiązanej dziecko jest na tyle dobrze podtrzymane, że pozwala to na noszenie w pozycji pionowej„brzuszek do brzuszka” i w specjalnym wiązaniu na biodrze nawet dzieci niekontrolujących głowy (dodatkowo w pozycjach pionowych nóżki dziecka przyjmują naturalną pozycje: są lekko odwiedzione i ugięte, co zapobiega lub pomaga leczyć dysplazję), a na plecach dzieci samodzielnie trzymających główkę a jeszcze niepotrafiących samodzielnie usiąść. Dlaczego taka chusta stwarza więcej możliwości? Przede wszystkim dziecko jest otulone więcej niż jedną warstwą materiału, który rozkłada się jego plecach i główce odpowiednio je podtrzymując oraz krzyżuje pod pośladkami i udami układając jego nóżki w bezpiecznej pozycji. Ponadto, większość współczesnych chust wiązanych jest tkana specjalnym skośno-krzyżowym splotem, zapewniającym lekką uciągliwość diagonalną materiału a przez to optymalne podtrzymanie i rozłożenie ciężaru dziecka. Trzeba tutaj wspomnieć, że propozycja pionizowania dzieci przed czwartym miesiącem życia wzbudza sprzeczne opinie fizjoterapeutów i lekarzy. Jedni nie zalecają pozycji kołyskowej jako niebezpiecznej dla prawidłowego rozwoju bioder, zalecając właśnie noszenie brzuszkiem do brzuszka z odwiedzionymi nóżkami, inni twierdzą, że pozycja pionowa zbytnio obciąża stawy i miednicę tak małego dziecka, nawet, jeśli jest podtrzymane chustą.

Nie wolno natomiast umieszczać dziecka w chuście przodem do świata, – choć ta pozycja jest reklamowana przez producentów nosidełek i niektórych chust, na materiałach promocyjnych być może dlatego, że korzystnie wtedy maluch wygląda na zdjęciu. Jednak takie ułożenie może maluchowi zaszkodzić, ponieważ cały ciężar ciała opiera się na jego kroczu, nóżki zwisają w dół zamiast być w pozycji kucznej, kręgosłup wygina się nienaturalnie, bo jest dociskany klatką piersiową noszącego, nie ma podparcia na dla główki, która jest narażona na wstrząsy, a maluch nie ma możliwości wtulenia się i ucieczki od nadmiaru wrażeń.

Czy to wszystko? Ależ nie! Z chustą można zrobić wiele rzeczy, nawet jeśli nie ma w niej dziecka: może być hamakiem lub huśtawką. Ta długa może służyć do zabaw choćby w przeciąganie liny, a na poważnie być liną używaną na sali porodowej. Może być kocykiem, parawanem, zasłonką, obrusem – wszystkim, na co starczy inwencji. A przede wszystkim chusta może łączyć. Nie tylko z dzieckiem, ale z innymi rodzicami noszącymi swoje dzieci. W Internecie (na przykład na forum „Kawałek szmaty, chusty i…” w portalu Gazety Wyborczej) tworzą się wspaniałe więzi w społeczności chustonosicieli. Tutaj nie ma problemu z pomocą w doborze chusty (powstało nawet specjalne FAQ dla nowicjuszy), pomocą w wiązaniu (ktoś z chustą na pewno mieszka w tym samym mieście), pożyczeniem chusty na specjalną okazję (na przykład jasnej chusty na chrzest), czy wymianą na jakiś czas na inną, żeby przetestować inny kolor, czy inny rodzaj chusty. Trwają też gorące dyskusje na temat rozwoju rynku chustowego w Polsce, szerzenia idei noszenia dzieci, nowych chust i ich kolorów (nie tylko nowości rynkowych, ale i ostatnich nabytków chustomaniaków), doboru stroju do chusty, komentarzy przygodnych przechodniów (najpopularniejszy to chyba: „czy dziecko się w tym nie udusi”), a nawet praw autorskich i odpowiedzialności sprzedawcy za produkt. Na forum zrodziła się też idea spotkań chustowych rodziców w różnych miastach – okazyjnych, ale także regularnych (co sobota w Warszawie były spotkania na Polach Mokotowskich). Na spotkaniach można obejrzeć różne chusty, spróbować nowych wiązań, wymienić się doświadczeniami lub chustami, no i także porozmawiać na wszelkie tematy, bo przecież nie samą chustą człowiek żyje (ale bez chusty to życie byłoby inne).

Bo nosząc w chuście odnajdujemy to, co w naszej cywilizacji, w poprzednich pokoleniach poprzez wychowanie „bez rozpieszczania”, w pewien sposób zostało utracone w kontaktach z dziećmi: bliskość, spokój i bezpieczeństwo, bez stresu, że rozpieszczony maluch nie poradzi sobie w życiu. Uczymy dziecko i uczymy siebie naturalnych granic aby potrzeba zapewnienia naszym dzieciom tego, co surowe wychowanie nam „odebrało” nie przerodziło się w nawyk spełniania każdej zachcianki dziecka. Możemy wyciągnąć wnioski zarówno z doświadczeń „zimnego chowu” jak i „wychowania bezstresowego” (błędnie interpretowanego jako uleganie dziecku we wszystkim, bez stawiania wymagań) i wybrać własną drogę, dostosowaną do kultury w jakiej żyjemy. Chusta pomaga nam odnaleźć instynkt, który kieruje wychowaniem dzieci w kulturach, gdzie pierwotne i najbardziej naturalne metody wciąż znajdują zastosowanie, a którego brakuje współczesnym matkom, nie mającym zazwyczaj wsparcia w wielopokoleniowej rodzinie.

Małgorzata Garkowska

(wszelkie prawa zastrzeżone)